Przeczytane w lutym (2)

Jak widzicie po tytule, będzie o książkach 😀

Luty był krótkim i intensywnym dla mnie miesiącem ale i bogatym czytelniczo. Wynik jest lepszy bo udało mi się przeczytać aż 6 książek!

Ale… patrząc na ilość stron, pobiłam styczeń prawie podwójnie – to mnie cieszy najbardziej 😉 Pierwszy miesiąc roku zakończyłam z wynikiem 1524 stron, natomiast luty- 2798

Pierwszą pozycją lutego były „Niebezpieczne kobiety”, Patryka Vegi. Temat na czasie, gdy w koło wciąż powstają filmy i seriale o podobnej tematyce. Książkę kupiłam w antykwariacie za kilka złotych. Podchodziłam do niej dość sceptycznie. Okazało się, że nie jest taka zła. Napisana fajnym językiem, prosta w odbiorze, szybko ją pochłonęłam. Zaciekawiły mnie, przedstawione w niej historie kilku kobiet-policjantek. Każda z nich pełni inną funkcję, ma inny stopień a także oddział. Różnią się także wiekiem i przede wszystkim, doświadczeniem. Przyznam szczerze- pierwsza policjantka, wydała mi się na tyle brutalna i przerysowana, że chciałam zrezygnować z dalszego czytania. Policja jest władzą od pilnowania porządku a nie gnębienia i bicia ludzi. Rozumiem, to naprawdę ciężka praca ale odebrałam to bardziej jako przechwałki „czego to ja nie mogę” niż realną postawę funkcjonariusza. Całe szczęście, dalej pojawiały się rozmowy mądrzejsze i dojrzalsze. Bardzo lubię czytać o czyimś życiu, dlatego ciekawym urozmaiceniem były wątki ich życia prywatnego, które niestety w żadnej historii nie okazało się łaskawe. Książka mnie zaskoczyła, była wciągająca, temat mnie zainteresował. Wiadomo, nie jest to poważna literatura ale ciekawa odskocznia więc daję 8/10.

Następny krok wykonałam w stronę pakietu powieści Anny Ficner-Ogonowskiej. W moim posiadaniu były trzy pierwsze tomy- „Alibi na szczęście”, „Krok na szczęście” i ” Zgoda na szczęście”. Dość dawno zamówione online, czekały na swoją kolej. Za komplet zapłaciłam wtedy jakoś 60 złotych. W międzyczasie została wydana kontynuacja pt.”Szczęście w cichą noc” więc zamówiłam ją w księgarni. Pozwolę sobie moją opinię podzielić na dwie części- trzy pierwsze tomy vs ostatni. Początek opowieści to grube tomiska, średnia to 550 stron na jedną książkę! Bałam się, że przepadnę w nich na dwa miesiące ale to była tak ciepła, lekka, przyjemna opowieść, że czytałam strona za stroną nie mogąc się oderwać. Była oczywiście o miłości. Ale takiej prawdziwej, niebanalnej, wyczekanej. Młoda, po traumatycznych przejściach, bojąca się zmian, nauczycielka języka polskiego i niezwykle wrażliwy, romantyczny architekt- to musiało się udać. Stworzeni dla siebie a mimo to, ich zawiła historia toczy się przez tyle stron. Co ważne, nie nudzi. Życie jest jakie jest, sprawdza nas i rzuca kłody pod nogi ale ważne jest, by mieć obok osoby, które interesują się naszym losem i pragną pomagać bezinteresownie. Wątek Mikołaja to wielka przyjemność- cudowne uczucia, prawdziwa miłość, poświęcenie, wytrwałość i zrozumienie- ideał! Dla niego samego warto sięgnąć po te książki 🙂 Trzy pierwsze tomy przeczytałam naprawdę szybko, ta historia bardzo mnie wciągnęła i przyznaję im 10/10.

Niestety ostatni tom, tj. „Szczęście w cichą noc” okazał się rozczarowaniem. Marne 170 stron, brak książki w sklepach internetowych przez co podwójna cena i długie czekanie na sprowadzenie go do księgarni z oddziału z drugiego końca Polski. Gdy dostaję zamówiony egzemplarz, widzę, że wyszedł w innym (mniejszym) rozmiarze niż poprzednie części… Książka jest podzielona na dwie części- pierwsza połowa to dalsza opowieść o wspólnym już, życiu Hani i Mikołaja. Mamy święta a więc przygotowania, zakupy, prezenty… Magiczny czas spędzony przy wspólnym stole z bliskimi w cudownej atmosferze. Widziałam to oczami wyobraźni nawet w słoneczne dni lutego i nagle ciach, koniec miłej opowieści. Przewracam kartkę i zaczyna się druga część- przepisy. Rozczarowało mnie to. Kucharką nie będę a nawet jeśli chciałabym skorzystać z podanych przepisów to składają się one w większości z mięs więc ja, wegetarianka, odpadam… Jest kilka pomysłów na ciasta ale ja od lat stosuję się do swoich sprawdzonych notatek 🙂 Niestety, spodziewałam się czegoś więcej- naprawdę polubiłam bohaterów i chciałam dłużej uczestniczyć w ich życiu dlatego 5/10

Ostatnią książką zaczętą w lutym była Katarzyna Bonda i „Tylko martwi nie kłamią”. Gdy ujrzałam ją w Biedronce na wyprzedaży za dziewięć złotych, postanowiłam ją wziąć i poznać autorkę- słyszałam o niej dużo skrajnych opinii. Ja głupia, nie przeczytałam dokładnie okładki i dopiero po skończonej lekturze dowiedziałam się, że jest to drugi tom 😀 Oczywiście zamówiłam już pierwszy i trzeci. Mam nadzieję,  że jakoś to będzie- czasu nie cofnę ale lubię, zwyczajnie lubię, czytać po kolei. Wracając do recenzji 😉 Nowością jest dla mnie profiler policyjny. Ciekawie opisana jest jego praca, spostrzeżenia, analiza. Dobrze jest poznać coś nowego. Pierwszy raz spotkałam się też z tym, że zbrodnia jest od razu, na początku książki. Ale w sumie to dobrze, zostaje więcej stron na rozwikłanie zagadki. Fabuła nie wciągnęła mnie jakoś mocno, szła raczej płynnie. Ogrom postaci trochę mnie przytłoczył i często musiałam się cofać i szukać „czy ona to jest ta, którą myślę, że jest”. Opowiadanie takie przyjemne ale przeciętne. Pojawił się nawet wątek miłosny a raczej czysto erotyczny. Najważniejsze jest oczywiście pytanie- „kto zabił” i przyznam, że miałam prawie trafne przypuszczenia 😉 Ciekawym wątkiem okazała się sprawa sprzed lat i powiązania z ofiarą. W marcu na pewno sięgnę po resztę książek w tej serii. 7/10

Nie mogę nie wspomnieć o pierwszym numerze polskiego Voque’a. Mistrzem ubioru, fashionistką i modową blogerką to ja nigdy nie będę bo wiecznie tylko psy i dresy ale wiem co w trawie piszczy i lubię sobie ładne rzeczy oglądać 😉 Głównie latam po lumpeksach bo uwielbiam! Czasem coś tam kupić muszę ale trzymam się wtedy jednak tego mojego „stylu”. No ale Vogue, to wiadomo, moment historyczny! Wydanie świetne, okładka bardzo kontrowersyjna ale uważam, że własnie dzięki temu zostanie w pamięci na długo- bo taki ma być właśnie pierwszy numer! Cudowna sesja Anji z ziemniakami i kapustą a do tego pierogi ruskie- takie to Polskie i smaczne. Oczywiście ilość reklam jest ogromna ale to są tak piękne rzeczy, że jest na czym oko zawiesić. Znalazło się kilka treściwych artykułów jak ten o historii magazynu. Za największy plus uważam anglojęzyczne wersje wywiadów, no sztos. Czekam na kolejny numer 😉 Spodziewaliście się Vogue’a u Kundelciaków? 😀

Ciekawa jestem Waszych książkowych odkryć 🙂

Jeśli macie coś godnego polecenia, piszcie!