Pies i kot w jednym domu, czyli jak wyczarować miłość :)

Nigdy nie sądziłam, że na moim blogu powstanie taki wpis! Ujmę to inaczej, jeszcze dwa miesiące temu nie uwierzyłabym, że bohaterami takiego postu mogą być moje zwierzaki… Ale właśnie są i to się dzieje naprawdę! <3

Pomagając w fundacji, adoptując psy, wielokrotnie proszono mnie o pomoc w zbudowaniu relacji kot-pies. W większości przypadków, wspólnymi siłami, udawało nam się przejść niejedną poważną rewolucję domową i zwierzaki mieszkają wspólnie pod jednym dachem.

Zawsze po takim spotkaniu, nachodził mnie moment refleksji… Jak mogę pomagać innym, nie potrafiąc pomóc sobie?

Bo problem tkwi w tym, że Tajson nie lubił kotów. Wręcz nie cierpiał. Na ich widok dostawał szału, szarpał się, ciągnął, skakał i wił się na smyczy. Tak, to była agresja. Często nie mogąc go utrzymać, przypinałam go do drzewa by rękoma oferować mu coś w zamian- żarcie lub zabawkę. Tak polecali trenerzy, behawioryści, o tym mówili na filmach. Ale to tylko słowa, jak tylko Czarnych wyczuł kota, zapomnieć mogłam o treningu- świat się zatrzymywał a cel był jeden. Niestety wiele naszych akcesoriów poległo po takiej sytuacji co pogarszało sprawę bezpieczeństwa obu osobników- gonionego i goniącego. Z czasem nauczyłam się zauważać koty szybciej i wybierać trasy na których nie wpadniemy na mruczka. Bo kot błąkający się bezpańsko po ulicy to już inny temat…

Temat kota pojawił się pod koniec zeszłego roku, gdy po przeprowadzce zaproponowałam tymczas Chryziowi. Kociak z dnia na dzień tracił dom tymczasowy a ja miałam jeden pusty pokój. Chryzio mieszkał w nim ponad miesiąc. Często biegał po mieszkaniu ale psy były wtedy odseparowane.

Kiedy mruczek trafił do adopcji, na pokój trafiła Pliszka.

Była taka malutka, drobniutka i przerażona. Została znaleziona pogryziona w jednym z parków i zanim trafiła na stół operacyjny, kilka dni trwała walka o jej życie. O tamtych wydarzeniach przypomina nam teraz „jedynie” amputowany ogon… Kot specjalnej troski pochłania więcej czasu i potrzebuje więcej miłości i coś mną drgnęło. Pliszka z dnia na dzień stawała się dla mnie częścią mojego stada i nie wyobrażałam sobie bez niej kolejnych dni. Musiałam zaryzykować.

I teraz będzie słodka historyjka o tym, jak kotożerca pokochał rozrabiarę <3

Jeśli oczekujecie podobnego cudu w Waszej rodzinie, czytajcie 🙂

Na początku Was pocieszę– pewna jestem, że jesteście na lepszej pozycji startowej niż ja z Tajsonem 😀

Pełni optymizmu, przejdźmy do pierwszego etapu życia kota w naszym domu, jakim jest izolacja. Całkowite odseparowanie kota. Tak jak już wspomniałam, przeznaczyłam dla kota nieużywany pokój. Pliszka była naprawdę w złej kondycji fizycznej, na antybiotykach i ciągłej obserwacji. Musiałam dać jej czas na regenerację ale i powolne, całkowite obeznanie się z nową sytuacją. Trafiła do obcego miejsca, nieznanych ludzi więc potrzebny był czas by przyzwyczaiła się do swojego pokoju i do mnie, by kojarzyła mnie z dobrymi rękami, które głaszczą i karmią.

Psy oczywiście czuły kota w pokoju, grzecznie czekały przed drzwiami gdy ja ogarniałam sytuację w środku. Wiedziały, że zakazane jest wchodzenie tam. Dla pewności, zainstalowałam w drzwiach trzy haczyki by wrota nie otworzyły się „przypadkiem” pod moją nieobecność…

Ważne też było to, że czuły nowego mieszkańca na mnie- na skórze, na ubraniach ale także po rzeczach wynoszonych z pokoju.

Zaczęło się przyzwyczajanie do zapachu. To bardzo ważny element w socjalizacji zwierząt. One poznają się właśnie przez węch. Kotu zanosiłam psie zabawki by nie była zdziwiona wielkoludami a do psich legowisk wkładałam koce wyleżane przez kocicę. Przez pierwsze chwile emocje brały górę ale przede wszystkim były dobrze spożytkowane. Jednym razem ćwiczyliśmy na nich zmiany pozycji za które było porządne skarmianie, także kawałeczki zbierane z kociego materiału, innym razem z takiego zawiniątka robiłam zabawkę węchową. Po jakimś czasie psy przestały reagować nerwowo na jakikolwiek koci przedmiot.

Gdy widziałam, że Plisza coraz pewniej czuła się w swoim azylu, pozwalałam jej poznawać dom. Psy wtedy były pod moją opieką, zamknięte w pokoju. Czytaliśmy sobie książki lub spaliśmy- codzienność. A tam obok kot roznosił swoje zapachy. Nadchodziła zmiana i wypuszczane zostały burki. Mia aż tak się nie przykładała z racji wieku i bolących nóg ale Taj sprawdzał każdy kąt. Automatycznie kojarzył, że to pachnące coś jest ukryte w pokoju. I siedział pod drzwiami.

Nigdy siedząc z zamknięciu u kota, nie drażniłam psów i nie robię tego do dziś. Nie niańczyłam Plichy na głos, nie nakręcałam psów słownie, nie pozwalałam na wybuchy zazdrości do których skłonność ma Taj. Nie mogłam pokazać mu, że jest nieważny i zepchnięty na drugi tor i jak tylko słyszałam pojękiwanie pod zamkniętymi drzwiami, wychodziłam i skupiałam się na nim. Wiem, że takie olewanie i droczenie, źle wpłynęłoby na Tajsona, to specyficzny przypadek.

Gdy w końcu nadszedł dzień kontroli weterynaryjnej, zapakowałam kota w kontener i wyniosłam go z domu. Specjalnie zostawiłam koci pokój niedomknięty i widziałam na własne oczy z jaką niepohamowaną ciekawością lecą tam moje psy… Szczególnie kulejąca Mia. Sprawdzone zostało wszystko– kuweta, miski, drapak i łóżko, no wyniuchane na maksa. O to mi chodziło. Psy doskonale poznały zapach ale i skaziły pokój kota 😉

Po powrocie kota z lecznicy, chwilowo wstrzymaliśmy tempo. Wciąż przyzwyczajanie do zapachu ale bez wywoływania dodatkowego stresu. Kotka wciąż była słaba i leczona więc to nie był czas na dodatkowe atrakcje. Musiałam jednak pokój sprzątać, wietrzyć więc na ten czas zamykałam kotkę w transporterku. Był to moment by w końcu ich sobie pokazać. Oczywiście na początek wybrałam Mię. Sunia starsza, chodząca pomału, nie skacząca, mniej narwana. Kontener postawiłam na środku łóżka, żeby trudniej im było się do siebie dostać. Mia weszła do pokoju, obwąchała na spokojnie kąty i zobaczyła kotka- spojrzała, zamerdała ogonem i położyła się na dywaniku. Plisza był zdziwiona wielkością obcego ale później śmiało zaglądała przez kratki na olbrzyma.

Dzięki temu spotkaniu, Mia wiedziała z kim ma do czynienia ale i kot zobaczył w końcu psa. Niby żaden przełom ale małymi kroczkami do przodu.

Przy zapoznawaniu gatunków pies-kot, wskazane jest by pies znał podstawowe komendy, by liczył się ze zdaniem opiekuna. U Tajsona od małego wypracowaliśmy podstawowe posłuszeństwo ale i karność- ma to przekonanie, że zawsze, w każdych warunkach musi mnie posłuchać.

Te ważne wymogi to m.in.: „stój”, „nie”, „do mnie” czy „wyjdź”. Wiadomo, każdy opiekun wprowadza inne nazwy na konkretne komendy. „Stój” wymagam w sytuacji pogoni za kotem, „nie” kiedy przewiduję ruch psa i chcę mu go zakazać, „do mnie”- wiadomo, „wyjdź” to opuszczenie pokoju, pies ma się znaleźć daleko ode mnie. Całe szczęście, mój Tajson wypowiadane przeze mnie słowa rozumie więc czułam się pewniej. Mia niestety nie jest tak usłuchana, na nią muszę uważać szczególnie, bo o ile Tajson straszy swoją skocznością i gonieniem, Mia potrafi ugryźć.

Zrobiłam Tajowi szybki trening- powtóreczkę i poszliśmy sprzątać kotu pokój na tych samych warunkach. Wpuściłam Tajsona oczywiście w kagańcu. Zaufałam mu w kwestii posłuszeństwa ale w razie potrzeby wzięłam smycz.

Nie ograniczałam mu kontaktu– najpierw sprawdził pokój, widziałam jego niepewność, zerkał na mnie co chwilę a ja rzucałam hasła: „dobry pies”, „super” itp. Zaczął chodzić coraz pewniej i wyluzował. Zbliżył się do kontenera ale musiał się przy tym nieźle nagimnastykować. Powolutku poznawał zapach. Ja oczywiście udawałam, że go nie obserwuję, nie stałam nad nim i zajmowałam się sprzątaniem. Gdy w kontenerze poruszył się kot, Taj zdębiał i to był moment, w którym nie mogłam pozwolić mu podjąć działania bo był gotowy do akcji- „nie”+ „do mnie” było rewelacją. Była duża nagroda i tyle ze spotkania.

Często w ciągu dnia brałam kota na ręce i spacerowałam po domu. Każdy oswajał się ze swoją obecnością. Oczywiście Tajson dreptał non stop za nami, ale nie dałam mu odczuć, że mi przeszkadza. Koci pokój był wtedy otwarty i psy mogły tam zaglądać. Któregoś dnia Mia postanowiła zasnąć tam na łóżku i miałam problem, co zrobić z kotem 😉 Mała musiała dużo odpoczywać więc zamknęłam ją w transporterze ze śpiącą obok Mią 🙂

Raz po raz pozwalałam psom powąchać kotkę (bez kagańców) ale tylko wtedy gdy ją trzymałam. Skakanie na mnie, byle szybko do kota, było zabronione (tyczyło się to Tajsona). To ja zniżałam się z Pliszką, kontrolując bezpieczną odległość między nimi. Oczywiście wąchanie dotyczyło tylko kociego zadka, w końcu tak poznają się zwierzęta. Plisza czuła się w moim towarzystwie bezpiecznie więc nie wyrywała się, była spokojna. Gdyby kot był dziki, nie odważyłabym się na taki krok. Czekałabym aż będzie zrelaksowany i pozwoli mi na takie działania.

Po kilku dniach noszenia kota, dla Tajsona było to normą, przestał nas ubezpieczać, coraz częściej przysypiał w pokoju. Wtedy też zaczęłam delikatnie przysiadywać. Pliszka była kociakiem rozkosznym, spragnionym miłości i mogłam ja nosić godzinami, bardzo lubiła być tulona. Gdy widziałam, że Taj leży na łóżku, siadałam z kotem na fotelu, upewniając Taja, że nic takiego się nie dzieje. Nie mówiłam do kota, ani jakoś specjalnie mocno go nie głaskałam by nie nakręcać Tajsona, miał się wyciszać. Takie sesje były krótkie ale częste. Później nawet nie musiałam mówić Tajsonowi „zostań”.

Wymyśliłam też sobie później fajne ćwiczenie. Ćwiczyłam z Tajsonem, mając kota na rękach. Oczywiście przypadkiem znajdowali się bliżej siebie bo tu się nachyliłam, bo tu podeszłam. Taju na nauce i nagrodach jest maksymalnie skoncentrowany więc czas mijał nam super. W nagrodę było dzikie szarpando. Tak, z kotem na rękach 😉

To był już dobry czas. Postanowiłam odstawić trochę kota od siebie. Plisia była żarta więc gdy ją karmiłam, stawiałam ją na lodówce i odchodziłam kawałek. Tajson wiedział, że jedzenie=rzecz święta więc spokojnie patrzył a Pliszka była w swoim świecie. Następnym razem postawiłam ją na taborecie, była na wysokości jego pyska a on nic 🙂

Kolejny etap był już pewniakiem, zwieńczeniem naszej długiej pracy. Oczywiście Pliszka cały czas była w oddzielnym pokoju. Po bardzo długim treningu lub spacerze, kiedy Taj padał na pysk i myślał tylko o spaniu, brałam Pliszę do łóżka. Ona leżała na mnie, ja czytałam książkę a Taj chrapał obok. Mia w nogach 😛 To już był nasz rytuał 🙂 Dla psów obecność kota była już normą, była obecna zawsze i wszędzie. Psy przebudzały się, widziały kota na mojej klatce piersiowej i po prostu odpływały. Zaakceptowały to, tak miało być. Oczywiście na łóżku zaczęło się obwąchiwanie, poznawanie się, kot przy śpiących psach zmieniał pozycje do spania i po pewnym czasie, kundelki przestały reagować na szmery.

Bardzo panikowałam przed puszczeniem kota luzem przy psach, kilka dni to przeżywałam. Wiem, że wszystkie etapu przechodziliśmy pomału, dokładnie, omijając jak najwięcej skuch ale pies to pies, nie potrafię przewidzieć wszystkich zachować a cenię sobie przede wszystkim bezpieczeństwo zwierzaków… Sama nie wiedziałam co robić ale za namową przyjaciół, odważyłam się. Oni wiedzieli, że mój pies jest na to gotowy a ja w to niestety nie wierzyłam…

A było tak, że Taj nawet nie zareagował gdy postawiłam kota na podłodze, leżał na fotelu a Mia w otwartej klatce. Kot siedział i się na nich patrzył, później się położył i tak minęła pierwsza godzina. Później Taj bezszelestnie zszedł do wiaderka z wodą, przeszedł koło kota, dotknął go nosem a że kot się nawet nie ruszył to synuś go tylko wodą oblał i przyszedł do mnie spać dalej. Kot mądry jest i wiedział, że do klatki, do suki nawet nie ma się co zbliżać więc później wskoczył na drugą kanapę i tam przespał pół dnia. I tak zaczęliśmy sobie razem żyć.

Gdy Plisza się wyspała, zaczęło się przedstawienie. Młoda kotka chciała się bawić więc biegała po całym domu, skakała po meblach, turlała się po podłodze, bawiła się wszystkim co napotkała na swojej drodze. Mia oglądając to, była w szoku, goniła kota oczami, przypatrywała się skupiona. Tajson leżał koło mnie w napięciu. Wykorzystałam to na ćwiczenia: pozwalałam mu się nakręcić, po czym poprosiłam o kontakt wzrokowy- zrobił, dostał smaki. I tak kilka razy. Później przestał już nie zwracał na nią uwa

Poczekałam aż kot skończy swój teatrzyk i nie zatrzymałam Tajsona kiedy chciał do niej iść. Plisza wyczuła powagę sytuacji i leżała przed nim ale spryciula obczajała miejsca w które może zwiać. To ważne, zapewnić zwierzakom miejsce ucieczki, nie zamykać ich w jednym pokoju. I Tajo znów podszedł, dotknął nosem i gdy nic się nie zadziało, wrócił.

Oczywiście zdarzały się szalone pościgi ale w pełni kontrolowane przeze mnie. Kot musi wiedzieć, które sytuacje są niedopuszczalne, czego nie można psom robić. Kicia też po pewnym czasie poczuła się na tyle pewnie, że sama zaczepiała Tajsona biegów. Podbiega, „cap” i w długą. Dla niej to forma rozrywki 😉 No i wtedy w Taju wygrywa jednak instynkt pogonienia kota.

Jednak teraz, gdy Plisia podchodzi do leżącego Taja i delikatnie uderza go łapką, ten kładzie się na plecach i pyskiem próbuje dobrać się do tej łapki- podgryza, trąca nosem a czasem nawet łapą ale to już za ciężkie działo i nie raz kot zleciał z siedzenia 😛

Aktualnie, Pliszka jest kocim hardcorem, wychowana z psami, coraz rzadziej zachowuje się jak kot. Biega z psami po domu, bawi się z nimi w chowanego, ciąga po domu ich zabawki, śpi w ich brudnych legowiskach no i z nimi walczy 😉

Obecnie zamykam kota tylko na czas karmienia psów. Oczywiście posiłki szykujemy razem, wszyscy biorą w tym czynny udział- psy czekają a kot łazi między nimi i się ociera. I wtedy żaden na nią nie warknie. Pierwszy miskę dostaje kot i jest zamknięty w pokoju. W kuchni jedzą psy. Posiłek to ważny czas, każdy powinien się delektować po swojemu.

Psio-kocia ekipa spędza ze sobą całe dnie. Mała jest straszną rozrabiarą. Zaczepia te psy kiedy tylko może, świruje i szuka kompanów do psot. Wciąż jest ludzkim przylepcem, potrafi spać mi przy głowie całą noc. W ciągu dnia śpi tylko z psami, wręcz się do nich przykleja. Najlepiej jej koło suni, bo ma najlepsze futro 😀 Gdy idę z psami na spacer, Plisza wypatruje nas z okna a później wita w drzwiach. Gdy kotka chodzi po domu, bardzo rzadko jest obserwowana przez psy. Czasem podniosą oko gdy jakoś specjalnie rozrabia. Lubi okładać Tajsona łapką ale on traktuje to tylko jako zabawę. Z Tajem może zrobić co chce- chodzi mu po plecach, bawi się jego uszami, podnosi mu fafle i zagląda do paszczy. Mia tolerancje ma mniejszą- ma być cicho i spokojnie albo wkracza do akcji. Suka szybko umie kota wyciszyć, wystarczy, że kłapnie zębiskami. Ale gdy kotek chodzi pomału to może jej się pod nosem kręcić i usiąść na łapach a ona nic 🙂

Socjalizując zwierzaki trzeba mieć przede wszystkim dużo chęci i cierpliwości. No ciutka wiary też nie zaszkodzi 😉 Nie pomyślałabym, że w moim domu będą działy się takie cuda. Dbając o bezpieczeństwo każdego zwierzaka, udało mi się oswoić Czarnego Diabła z kociakiem. Jednak wszystko jest możliwe. Zdaję sobie sprawę, że w wielu przypadkach można to zrobić w jeden dzień ale jestem na tyle odpowiedzialnym opiekunem, że potrafię ocenią powagę sytuacji. Nasza była naprawdę ciężka. Zaczynaliśmy od „mordercy” a skończyliśmy na przytulance 🙂 Socjalizację ułatwiło nam też to, że Plisza trafiła do nas jako kociątko- są bardziej otwarte na świat i nowe sytuacje. Zdecydowanie łatwiej wprowadzić do „agresywnych” psów małego, delikatnego kotka nad którym łatwiej zapanować i którego łatwiej dopasować.

Oczywiście chodź można wzorować się na tym co napisałam, nie jest to poradnik. Każde zwierzę jest inne i należy do niego podejść w określony sposób. Nie chcę nikomu narzucać mojego zdania, moich metod- to jest tylko opis tego, jak udało mi się wyczarować psio-kocią miłość w domu <3  Jeśli macie jakieś pytania- śmiało! 😉